czwartek, 23 marca 2017

Z namiotem dookoła Bergen


Na skutek pewnego zbiegu wypadków wybrałem się sam do Norwegii. Na wszystkie noclegi przewidziałem spanie w namiocie. Norwegia to ciekawy kraj. Wszystko jest strasznie drogie, ale z drugiej strony – nocować pod namiotem można w dowolnym miejscu. Prawie dowolnym, ale o tym później. 

Wyjątkowo tani lot, tańszy niż bilet na pociąg na lotnisko. Przy okazji dowiedziałem się, że lotnisko w Szczecinie jest tak naprawdę w miasteczku Goleniów, odległym od samego Szczecina o 50 km. Na dosyć skromnym terminalu praktycznie nie można się zgubić. Przedpołudniowy lot do Bergen był jednym z niewielu tego dnia. 

Miałem szczęście do pogody, jak na Norwegię było niesamowicie słonecznie. Może nawet cieplej niż w Polsce w tym czasie. Dzięki bezchmurnemu niebu już z samolotu mogłem trochę podziwiać. W głębi kraju jeszcze pełno śniegu, w końcu był to dopiero maj.


Złapanie stopa w Norwegii jest możliwe. Udało mi się tak dojechać z lotniska do centrum Bergen. Miasto samo w sobie nie różni się od tego, co można zwykle zobaczyć na zachodzie Europy. Z architektonicznych niuansów to trochę drewna i więcej nowoczesnej architektury. Pokazywana na wszystkich pocztówkach z Bergen dzielnica portowa Bryggen stanowi mały kawałek miasta, ale mimo tego to najbardziej godny uwagi zakątek. Z drewna są tam nawet wąskie uliczki między domami. Jak można się domyślić, o pożar było całkiem łatwo. Żeby zmniejszyć to zagrożenie, w dawnych czasach zabraniano ogrzewania budynków! 





Po obejściu tego i owego ruszyłem za miasto. W pierwszej kolejności do miejsca, z którego roztacza się najlepsza panorama Bergen, na górę Fløyen. Z centrum dosłownie kawałek drogi, podejście pnącymi się powoli pod górę alejkami. Dla leniwych jest również kolejka.

Na górze, przy punkcie widokowym, panuje spory ruch. Ja tymczasem musiałem się zastanawiać nad znalezieniem miejsca na nocleg. Jak się okazało, większość parku jest chronionym ujęciem wody pitnej, objętym zakazem biwakowania. Jednak warto sobie tam pochodzić, tym bardziej, że mamy do dyspozycji duży, zalesiony teren z jeziorkami, bez większych wzniesień, idealny na spokojne spacery. 




Będąc na Fløyen wypatrzyłem sobie nowy cel. Spora góra z masztem, z mapy dowiedziałem się, że nazywa się Ulriken. Miałem dwie drogi do wyboru: jedna okropnie naokoło, druga okropnie w dół i w górę. Było już późniejsze popołudnie, druga opcja wydała się szybsza. Po krótkim powrocie do miasta znów ruszyłem na szlak, tym razem wąską ścieżką. Po wyjściu z lasu można się poczuć naprawdę jak w górach, chociaż za naszymi plecami roztacza się spore miasto. Na szczycie dla każdego coś miłego. Dla jednych restauracja, dla innych kranik z wodą i darmowa toaleta. Jednak rozbicie namiotu znowu okazało się nie być oczywiste. Po raz kolejny trafiłem na jakiś rezerwat. Postanowiłem założyć obóz możliwie na uboczu. 

Za szczytem Ulrikena rozciąga się niezwykle urokliwy płaskowyż. Coś jakby Dolina Pięciu Stawów, tyle że na górze. I położona pół godziny drogi spacerem od miasta. Skały wyłaniające się spod niskiej, górskiej roślinności, niewielkie jeziorka i domki nad tymi jeziorkami prezentowały się bardzo malowniczo. Ośmielił mnie nieco widok rozbitych gdzieniegdzie namiotów, sam też po niedługim czasie znalazłem odpowiednie miejsce do przenocowania. Za lekkim wzniesieniem, żeby trochę odciąć się od szlaku. 





Nie zabrałem normalnych śledzi do namiotu, ponieważ czasem bywają rekwirowane na lotnisku. W zamian wyposażyłem się stare kredki i niepiszące cienkopisy. Miałem szczęście, że grunt był w miarę miękki. 



Wyspałem się sto razy lepiej niż poprzedniej nocy w pociągu. Nie miałem tylko szczególnie planu na ten dzień. Postanowiłem się przejść na drugą stronę płaskowyżu, potem zejść do doliny... a potem się zobaczy! Po drodze zauważyłem, że mieszkańcy Bergen przychodzą tutaj na poranne bieganie.

Po pewnym czasie, mijając kolejne chatki i jeziorka, dotarłem do schroniska Turnerhytten. Rozsiadłem się na ławce przed budynkiem i zająłem się śniadaniem – norweskim chlebem z polską konserwą. Wtedy jakiś mężczyzna, właściwie jedyny obecny w schronisku, wyszedł na zewnątrz. Przywitał się w obcym języku i o coś zapytał. Ja się domyśliłem, że to pewnie norweski, on się domyślił, że ja po norwesku nie czaję i spytał po angielsku o godzinę. Chwilę porozmawialiśmy, okazało się, że zajmuje się on porządkiem w tym schronisku i akurat wyszedł sobie pobiegać. Zaproponował mi herbatę, która normalnie jest płatna, ale ludzie prowadzący bufet przyjeżdżają dopiero o dziewiątej, więc mogę się po prostu napić. W kraju takim jak Norwegia coś za darmo nie zdarza się często. 




Z czasem, jak zacząłem schodzić z góry, krajobraz zmienił się na bardziej zalesiony. Później dotarłem do jakiegoś kempingu, uzupełniłem zapas wody i ruszyłem dalej. Na pewno nie chciałem się zatrzymywać na polu namiotowym, taki luksus zostawiłem na następny dzień. Kusiły mnie szczyty po drugiej stronie doliny, wydawały się bardziej surowe od masywu Urikena, ale na razie obrałem sobie za cel jezioro Osavatnet. Na miejscu zastałem parking, kilkanaście samochodów i parę namiotów. Właściwie można by tam spędzić noc, ale miałem jeszcze trochę sił i dnia.


A góry ciągle wzywały. 


Chciałem przejść się kawałek i wrócić na parking. Początkowo idzie się w miarę szeroką drogą, która się z czasem zwęża. Na szlaku mijałem sporo ludzi, ale mało kto był tak obładowany jak ja. Zatrzymałem się przy schronisku Redningshytten. Można tam zaczerpnąć wody ze strumienia i nawet wejść do budynku, ale w środku nie widziałem żadnej obsługi. 

Tymczasem wyklarowało mi się, gdzie chcę wejść. Gullfjellet, najwyższy szczyt w tym masywie. 987 m n.p.m. brzmi groźnie, co nie? :)

Redningshytten w środku...
... i na zewnątrz

Idąc coraz wyżej obserwowałem, jak krajobraz robi się coraz bardziej surowy i dziki, a ścieżka węższa. I coraz częściej śnieg tu i ówdzie. Drogę wyznaczają kamienne słupy z tabliczką wskazującą kierunek. Każdy słup na szlaku ma swój numer. Ludzi było mniej, śniegu przybywało, a ja zaczynałem się czuć, jakbym zdobywał Mt. Everest. Tylko z tego wrażenia od czasu do czasu wytrącał mnie ktoś zbiegający w dół szlakiem w sportowym stroju, wyposażony tylko w bidon. Nie można tych Norwegów pojąć...

Droga się dłużyła i trafiały się coraz dłuższe odcinki pokryte śniegiem. Nie było bardzo stromo, na szczęście żadnych przepaści, jednak coraz bardziej wyczerpująco. Śnieg wsypywał się nawet do wysokich butów. Zaczęła mi się w głowie tworzyć myśl, że ja tą drogą wracać nie chcę. Tylko trzeba było się jeszcze rozejrzeć, co za tą górą czeka. 




Widoki ze szczytu Gullfjellet są niezłe. Jak to niecałe tysiąc metrów wystarczy, żeby człowiek się poczuł jak na „dachu świata”... Wziąłem się za triumfalny posiłek zastanawiając się nad dalszą trasą. Droga w dół przede mną wydawała się mniej zaśnieżona, a dolina przyjemnie zielona. Przy zejściu czekały mnie niespodzianki innej natury - szlak zaczął zanikać. Kamiennych słupów nadal nie sposób było przegapić, ale trudniej było wypatrzyć ścieżkę pomiędzy nimi. Zaledwie gdzieniegdzie pojawiały się niepozorne znaczki namalowane na kamieniach, które z daleka wyglądały jak porosty.



W końcu dotarłem do idyllicznej dolinki, gdzie czasem szlak prowadził tak, że trzeba było przeskakiwać przez strumień. Udało się też znaleźć w miarę płaskie miejsce do rozbicia namiotu. W samą porę, bo słońce już powoli zachodziło.

I pomyśleć, że się po tych skałach w głębi włóczyłem...

Następnego dnia znowu czekała mnie niespodzianka! Okazało się, że wcale nie jestem w miejscu, w którym chciałem być. Co gorsza nie miałem dokładnej mapy tej okolicy. Zejście z góry okazało się po prostu prowadzić bardziej na około i dopiero po godzinie marszu szosą znalazłem się nad fiordem, wzdłuż którego chciałem tego dnia iść.

Samnangerfjorden nie należy do TYCH widowiskowych norweskich fiordów, a raczej do fiordowej klasy średniej, jednak to zawsze coś! Z czasem niestety okazało się, że droga tylko miejscami wzdłuż niego prowadzi, a drzewa zaczęły zasłaniać widok. Asfaltowa szosa sama w sobie też nie zachęcała. Zaświtała więc myśl - Właściwie to czemu by znowu nie podejść pod górę?



W tym momencie trafił się szlak. Pomyślałem, że dzięki niemu skrócę sobie drogę powrotną do Bergen. Po zygzakowatym, lecz nie bardzo długim podejściu znalazłem się nad jeziorem Stora Brekkevatnet. Ponownie zaczęli się pojawiać ludzie i to nawet w większej ilości. Z czasem trochę mniej zacząłem zwracać uwagę na widoki, zmęczenie dawało się we znaki. Dotarłem do parkingu, zacząłem iść szosą, która miała mnie doprowadzić do główniejszej drogi prowadzącej do Bergen. Niespodziewanie zatrzymał się samochód. W środku siedziały trzy panie, które wyprzedzałem na szlaku nieco wcześniej. Znowu zostałem zagadany po norwesku, później po angielsku. Okazało się, że chciały mnie podwieźć! Wprawdzie nie do Bergen, ale za to do głównej szosy. Właściwie dobre 10 kilometrów! 


Po chwili znalazłem się przy dość ruchliwej drodze. Już przed wyjazdem zaplanowałem, że ostatnią noc spędzę na kempingu w dzielnicy Nesttun. Miało to być pole namiotowe położone najbliżej lotniska, ale za to dość daleko do centrum Bergen.  Dzięki podwózce zaoszczędziłem sporo czasu, więc zdecydowałem się po prostu przejść do miasta. Wlokłem się przedmieściami, zabudowania z czasem coraz bardziej się zagęszczały.

Cywilizacja... na przejściu instrukcja obsługi, jakby
 ktoś po powrocie z dziczy zapomniał, jak to działa ;p

Kemping okazał się lekko rozczarowujący. Wciśnięty między domy a magazyny, z dużym wybetonowanym placem. Na pamiątkę zostawiłem sobie rachunek – jedna noc kosztowała 170 koron. WiFi płatne, a dostęp do internetu za darmo w archaicznym komputerze w sali restauracyjnej. Dodatkowo miałem okazję nauczyć się wziąć prysznic w 6 minut, co kosztowało 10 koron. Darmowy okazał się dostęp do ascetycznej kuchni i jadalni bez światła dziennego.

Wnioski? Norwegia to fajny cel na wypad, o ile jak najdalej trzymamy się od cywilizacji. Miejsca, które miałem okazję odwiedzić zrobiły na mnie wrażenie (chociaż nie są to zakątki popularne), odwiedzają je przede wszystkim okoliczni mieszkańcy i leżą rzut kamieniem od Bergen. A jeśli by wybrać się dalej, może być tylko ciekawiej. Norweskie ceny na krótszą metę da się przetrwać, potrzebny jest tylko namiot i trochę dobrej pogody. Na pewno przyda się spakowanie przysłowiowej konserwy turystycznej i możemy ruszać na szlak! 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz