niedziela, 26 kwietnia 2015

Praha - Regensburg

Wyjście z Pragi
Ten odcinek szlaku św. Jakuba, liczący niecałe 250 km, pokonaliśmy jesienią 2013 r. Zajęło nam to 9 dni. Punktem wyjściowym była Praga. Szlak od centrum prowadzi przez Hradčany, Petřin, a następnie na południe równolegle do Wełtawy. Za Radotinem wraz z czerwonym szlakiem pokonuje się całkiem spode wzniesienie i dochodzi do maleńkiej miejscowości Velky Haj;). Następnie mija się kolejne wioski, pastwiska, lasy, ludzi właściwie prawie nie spotykając. Oznakowanie trasy można było uznać za wystarczające. Pierwszą noc spędziliśmy na polu namiotowym w Karlštejn, miejscowości w której znajduje się jeden z najważniejszych czeskich zamków. 



Naprawdę świetne zdjęcia hradu  i wiele przydatnych informacji można znaleźć tutaj.

Przez czeskie bezdroża
Kolejny dzień rozpoczęliśmy od podejścia pod górę. Na jej szczycie nie ma drzew, dzięki czemu można pozachwycać się fenomenalnym widokiem na zamek. Im dalej od Pragi tym słabiej z oznakowaniem szlaku, który i tak jest "podczepiany" do różnych pasujących kierunkiem tras turystycznych. Często znaków zwyczajnie nie ma i trzeba improwizować:). Kompas uznajemy za niezbędny! We wsi Halouny drogowskaz znajduje się dopiero kawałek za skrzyżowaniem przy którym można się nieźle zakręcić. Szlak prowadzi las i przy okazji pod górę :). Dobrą miejscowością na znalezienie noclegu podczas tego dnia jest Dobříš, gdzie za nieduże pieniądze można spędzić noc m.in. w tamtejszym Sokolu




Następnego dnia przez dłuższy czas szliśmy szosą, po której obu stronach były pola kukurydziane - kukurydza trzeba przyznać - wyborna! W Příbramie zaczęliśmy łapać stopa do Rožmitála. Mniej więcej po 20 minutach pokazywania, że wszystko z nami ok, samochód zatrzymał się i zostaliśmy podwiezieni pod samą ubytovne. Rzeczą, która zwróciła nasza uwagę w Rožmitálu były kołchoźniki, które w tutejszych wsiach i miasteczkach ciągle stoją i są na dodatek jak najzupełniej działające. 

Wielka ulewa...
Pogodę podczas wyprawy mieliśmy fatalną, padało właściwie codziennie. Odcinek Rožmitál - Nepomuk lało przez cały czas...cały dzień, bez chwili przerwy:( Rano dotarliśmy do wsi Hute pod Třemšínem, gdzie zrobiliśmy dłuższy postój. W tej miejscowości znajduje się rzecz konieczna do opisania, a mianowicie... sygnalizacja świetlna. Na jednej jedynej drodze, bez najmniejszego skrzyżowania, czy choćby przejścia dla pieszych, stały światła. 80% czasu paliło się czerwone... Później szlak prowadził w gęsty las. Szliśmy łagodnie wznoszącą się drogą, która kierowała na najwyższe okoliczne wzniesienie - Třemšín. Pomimo że ciągle lało, spotkaliśmy po drodze dwóch wytrwałych grzybiarzy. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie znajduje się otwarta kapliczka (Třemšínská bouda) z miejscem do schronienia się, a jakby się uprzeć nawet do przenocowania. Wewnątrz znajdował się stół, dwie ławy, dwa krzesła, piecyk i kopczyk suchego drewna. Ze szczytu trasa prowadziła po leśnej ścieżce pełnej kamieni i wystających korzeni. Było tak ślisko, że trzeba było uważać dosłownie nad każdym krokiem. Lało tak, że było biało przed oczami i na dodatek nie było gdzie zrobić postoju więc przebyliśmy bez zatrzymania dobre 10 km...

...i wielkie suszenie
Po wyczerpującym dniu dotarliśmy do Nepomuka. Nocleg udało nam się zorganizować u księdza z parafii św. Jakuba. Spaliśmy w bardzo starym domu parafialnym. Widać było, że wszystko jest w ciągłym remoncie. Ksiądz większość czasu chodził w roboczym kombinezonie. Pokój w którym nocowaliśmy był duży i dosyć pusty, ale właściwie to był plus, ponieważ zawartość naszych plecaków nadawała się do wysuszenia i wypełniła całe pomieszczenie. Wystrój ograniczał się do stołu, krzeseł i pieca. Właśnie ten piec był dla nas prawdziwym zbawieniem, szczególnie że dostaliśmy od naszego gospodarza odpowiednią ilość drewna na opał:). 

Suszyliśmy się też przez kolejny dzień.

Następnego dnia poszliśmy szosą w kierunku na Neurazy. Pięknie się prezentował Nepomuk z tej drogi. Szliśmy i szliśmy, ruch robił się coraz słabszy, nawet nawierzchnia była jakby coraz gorsza. W Planicach rozpadało się... znowu. W drodze do Klatovy maszerowaliśmy polami, aż na horyzoncie zaczęły wyłaniać się pierwsze bloki. Budynki całkiem nowe, widać, że miasto się rozrasta. Po minięciu niedużej, lecz ładnie utrzymanej starówki, jedną z głównych ulic skierowaliśmy się na obrzeża miasta. Naszym noclegiem była ubytovna przylegająca do stadionu. 

Do Kdyne dojechaliśmy autostopem. Dalej po paru kilometrach drogi wśród pól i zadrzewionych wzgórz doszliśmy do miejscowości Všeruby. Za wsią minęliśmy dawny posterunek graniczny. Przydrożne tablice obwieściły nam, że właśnie znaleźliśmy się na terenie Republiki Federalnej Niemiec oraz Wolnego Kraju Bawaria.

Bawarskie klimaty
Zaczęły się porządniejsze oznakowania, a i droga św. Jakuba stała się samodzielną trasą. Był nawet drogowskaz, ile kilometrów jest do Regensburga szlakiem pieszym, a ile rowerowym. Po przejściu granicy niemieckiej zmienił się także krajobraz, więcej pól, więcej dużych gospodarstw i ogólnie zagospodarowanej przestrzeni. Zaobserwowaliśmy także dosyć ciekawą rzecz. Były to miejsca, w których ustawiono drewniane tablice z inskrypcjami i często zdobione rysunkami kwiatów. Krzyże wywołały skojarzenia z nagrobkami. W rzeczywistości nie były to miejsca pochówku, po prostu tablice upamiętniające zmarłe osoby. Te drewniane tablice nazywane są Tottenbretter i w dzisiejszych czasach zwyczaj ich wystawiania zachował się tylko w północno-wschodnim rejonie Bawarii. Dotarliśmy do Neukirchen beim Heiligen Blut, gdzie planowaliśmy spędzić noc. Niestety jednak nie udało nam się znaleźć noclegu, którego cena nie wydałaby się nam absurdalna, więc poszliśmy dalej. Szlak prowadził w las i przy okazji na wielką górę (masyw Hohenbogen). Uszliśmy od Neukirchen jeszcze ok. 5 km. Rozbiliśmy namiot kawałek od szlaku. 

Poranny widok, który dosłownie objawił się nam po wyjściu z namiotu, wynagrodził każdy trud i niedogodność. Wschód słońca był niesamowity! Gdy w pewnym momencie drzewa przerzedziły się ujrzeliśmy górskie szczyty pływające w morzu chmur. Tego dnia ogólnie nie narzekaliśmy na brak malowniczych widoków:). Przed Bad Kötzing dociera się do niewielkiego drewnianego domku, gdzie jest muszla wraz z napisem "Ende", do tego dróżka w prawo i w lewo, dalszego znaku brak...to jednak jeszcze nie koniec:) Polecamy pójść w lewo, gdzie po niedługim czasie dochodzi się do miejscowości i z powrotem wchodzi na oznakowany szlak. Drogą w prawo prowadzi alternatywna trasa idąca jednak dosyć naokoło. Za Bad Kötzing podchodzi się łagodnie do Weisenbergen, gdzie bezpośrednio do kościoła przylega... ogródek piwny:). Z ciekawszych miejscowości to dotarliśmy jeszcze do Moosbach. Dalej zdecydowaliśmy się pójść szosą. Spaliśmy na polu namiotowym za miejscowością Rattenberg. Cena - 5 euro od osoby, do dyspozycji dom gospodarczy z kuchnią, łazienką, dodatkowe koce, darmowa kawa i herbata...:)


Dalszy szlak prowadzi przez Konzell i Stallwang. W Haunkenzell zaczyna się ostre podejście, w krótkim czasie pokonuje się różnicę wysokości 250 metrów. Na szczycie Pilgramsberg znajduje się kościół, plebania i gospoda. Dotarliśmy do Wiesenfelden. Stamtąd do Wörth an der Donau chcieliśmy podjechać stopem. Mimo że ruch był, nikt nie chciał nas zabrać. Perspektywa spania gdzieś w rowie stawała się coraz bliższa. Szliśmy naprzód. Postanowiliśmy, że ile ujdziemy to ujdziemy. Szczęśliwym trafem natrafiliśmy na przystanek autobusowy w Bogenroith gdzie okazało się, że za 5 min mamy autobus do Wörth an der Donau (a jeździł co 2 godziny). W dodatku nadaliśmy sens temu kursowi bowiem byliśmy jedynymi pasażerami:). 


Grecka świątynia nad Dunajem

Kolejny dzień był ostatnim dniem wyprawy. Za miejscowością Bach an der Donau szlak prowadzi (ok. 3km) przez jakiś dziwny ogrodzony las, w którym w ogóle nie ma oznaczeń. Kompas! Następnie mija się luksusowe pola golfowe i idzie się zupełnie spokojnie, aż tu nagle pojawia się drogowskaz na coś osobliwego! Zdecydowaliśmy się sprawdzić o co chodzi i...Teleportowaliśmy się do Grecji?! 

Okazało się jednak niespodziewanie, że ciągle byliśmy w Niemczech, a przed oczami mieliśmy budynek o nazwie Walhalla (nazwa z języka staronordyckiego oznaczająca salę bohaterów). Wewnątrz znajdują się popiersia zasłużonych postaci z niemieckojęzycznego obszaru kulturowego. Sprzed gmachu rozpościera się widok na dolinę Dunaju. Od pobliskiego Donaustauf już powoli zaczynały się przedmieścia Ratyzbony. Niedługo później osiągnęliśmy cel:). W Ratyzbonie zostaliśmy jeszcze dwa kolejne dni. 

Regensburg,
bo tak brzmi niemiecka nazwa Ratyzbony, to miasto szczycące się dużą liczbą dobrze zachowanych zabytków. W przeciwieństwie do wielu innych niemieckich miast, starówka nie została zbombardowana w czasie wojny. Ratyzbonę zwiedza się całkiem przyjemnie, ponieważ nie jest ona zbytnio oblegana przez turystów. 
Jedną z wizytówek miasta jest kamienny most, przerzucony nad Dunajem. Pochodząca z XII wieku konstrukcja czyni go jednym z najstarszych zachowanych do dnia dzisiejszego mostów w Niemczech. Kolejnym ważnym zabytkiem Ratyzbony jest górująca nad miastem gotycka katedra. Podczas spaceru uwagę zwracają również wieże rodowe, wznoszone w średniowieczu przez zamożnych mieszczan.

Po pożegnaniu się z urokami Regensburga czekała nas jeszcze długa droga do domu. Z powrotem wróciliśmy już nie pieszo, a autostopem:)

Przydatne informacje odnośnie szlaku można znaleźć tutaj.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz