wtorek, 29 lipca 2014

Ulm - Konstanz 25.-28.07.2014

Chyba najbardziej na tym odcinku zaskoczyła nas monotonność terenu. Zbliżaliśmy się do szwajcarskiej granicy, a było płasko jak w Bydgoszczy. Zaskoczyło nas także to, iż ani razu nie musieliśmy spać na dziko w lesie. Dwukrotnie skorzystaliśmy z Couchsurfing, raz z pola namiotowego...a raz, kiedy nie mieliśmy żadnego noclegu, już pod wieczór, w małej wsi zagadała do nas Niemka (ogólnie Niemcy bardzo często do nas zagadują) i zaproponowała nocleg w swoim domu. Po prostu wzięła dwie zupełnie obce sobie osoby i ugościła jak rodzinę! Czuliśmy się jakbyśmy spotkali własną babcię na południowym krańcu Niemiec! Wieczorem pomagaliśmy jej i jej mężowi łapać króliki na polu:). 

Najlepsza metoda na wysuszenie ręcznika:)

niedziela, 27 lipca 2014

Noerdlingen - Ulm 22.-24.07.2014

Od Noerdlingen aż do Ulm przemierzaliśmy tereny typowo rolnicze, włócząc się wśród pól, pastwisk i sadów. Czyli ogólnie liczba ucywilizowanych miejsc spadła do zupełnego minimum. Po wyjściu z miasta, którego Starówka ocalała dzięki uciekającemu prosiakowi, przechodziliśmy jedynie przez Giengen an der Brenz (tam narodził się pomysł produkcji pluszowych misiów) oraz Ulm (gdzie wróbel pomógł budowniczym rozwiązać problem przetransportowania drewnianej beli przez bramę)... byliśmy jeszcze w Neresheim... które dziwnym trafem nie zawdzięcza swojego rozwoju żadnemu zwierzęciu. Zawdzięcza go benedyktynom. Ich okazałe, barokowe opactwo, umieszczone na wzgórzu, zdecydowanie dominuje w okolicy. Oprócz ww. miejscowości w ciągu trzech dni nie minęliśmy żadnego, chociażby najmniejszego miasteczka.

Rolnicze rejony Niemiec.
Tubylcy zawsze obserwują nas z ciekawością.

wtorek, 22 lipca 2014

Graefenberg - Noerdlingen 18.-21.07.2014

Idziemy już miesiąc. Przez ten czas przebyliśmy około tysiąca kilometrów, pokonując dziennie coraz większe odległości. Z Gräfenbergu szlak prowadzi do Nürnbergu (Norymberga), liczy 38km, czyli jest to odcinek spokojnie do przejścia. Warto jednak wspomnieć, że na górze Teufelstisch urywa się (mapa, kompas, gps dla bardziej wygodnych, cokolwiek!). Teufelstich znaczy tyle co diabelski stół. Tego dnia diabelski był także upał. Po przebyciu ponad 25 km postanowiliśmy łapać stopa. W Norymberdze poszliśmy prosto do naszej dzisiejszej hostki - Arzu. Porozmawialiśmy troszkę, poczekaliśmy aż słońce przestanie spalać i udaliśmy się do centrum. Bardzo duże Stare Miasto i bardzo ładne. Podczas II wojny światowej zniszczone zostało 90% Norymbergi. Obecnie prezentuje się zdecydowanie lepiej niż Drezno, które spotkał podobny los. Do Arzu wróciliśmy po 21 i razem zjedliśmy typowo turecki obiad. Dla niej był to pierwszy posiłek od wielu godzin, postanowiła bowiem w tym roku wyjątkowo przestrzegać ramadanu. Jedzenie było dosyć  ostre i miało bardzo intensywny zapach! 

W drodze.
Norymberga.

niedziela, 13 lipca 2014

Dresden - Hof, 8.-13.07.2014

18.
Fascynujący dzień. Nocą przez Drezno przeszła potężna burza. Mieliśmy szczęście, że akurat nie spaliśmy pod chmurką, a w schronisku. Trzeba przyznać, że niemieckie schroniska mają standard zapewne niejednych polskich hoteli. Po drugiej stronie Łaby miasto, oprócz starówki, prezentuje się bardzo słabo. Obdrapane budynki, pełno śmieci, zarośla, graffiti, powybijane szyby w oknach.  Drezno znajduje się w dolinie, więc kiedy je opuściliśmy zaczęliśmy wdrapywać się na solidną górę. I później znowu, i znowu, i strome zejście, strome podejście, zejście, podejście, góra, dół. Po ponad dwóch godzinach takiego marszu usiedliśmy na ławce i wyrzuciliśmy do śmietnika wszystko, co nie było niezbędnie konieczne. Upał był nieziemski. Gdy doszliśmy do lasu usłyszeliśmy pierwsze grzmoty. Grzmiało coraz mocniej przez ponad pół godziny, ale nie padało. Kiedy w końcu zaczęło, widzieliśmy jedynie ścianę deszczu. Po wszystkim nasze peleryny przetrwały, ale w butach pływało. Do Grillenburga (!), z racji biegu podczas ulewy, dotarliśmy znacznie szybciej niż planowaliśmy. Okazało się tam, że nie ma żadnego busa do Freibergu, mimo, iż miasto to znajduje się w odległości 13 km. Zaczęliśmy więc łapać stopa. Zatrzymał się pierwszy przejeżdżający samochód! We Freibergu spaliśmy u Katrin z Couchsurfing w niezwykle klimatycznym mieszkaniu studenckim... właściwie to cała kamienica była studencka:).

Niemcy, jak widać, przejmują się mundialem:)

poniedziałek, 7 lipca 2014

Zgorzelec - Dresden (Drezno), 4.-7.07.2014

14.
Sprawnie opuściliśmy Zgorzelec. Görlitz ze swoją majestatyczną katedrą oraz zadbanym rynkiem prezentuje się znacznie lepiej. Już od rana dzień był upalny. W żadnej z następnie minionych wsi nie uraczyliśmy sklepu. Może i ładne są te wsie, tylko z zadbanymi domami jednorodzinnymi, czy gospodarstwami, ale to takie... dziwne, niepolskie. Ludzie tutaj, gdy chcą zrobić zakupy jadą do miast, no tak, ale tutaj każdy ma samochód i nie martwi się o cenę paliwa. Dla nas oznacza to robienie większych, czyli cięższych zakupów przy miejscowościach z jakimkolwiek zapleczem spożywczym:(. Dzisiejszego dnia pokonaliśmy pierwsze porządniejsze pasmo wzniesień . Gdy wdrapaliśmy się najwyższy tutejszy szczyt, naszym oczom ukazały się skały do złudzenia przypominające Szczeliniec w Górach Stołowych. Dalej mijaliśmy na przemian wsie (żadnych sklepów) oraz pola uprawne. Spaliśmy luksusowo w lesie pełnym malin:).

Wchodząc do Niemiec.
Samotna góra.

czwartek, 3 lipca 2014

Leszno-Zgorzelec, 29.06. - 3.07.2014r

9.
Z Leszna do Głogowa podjechaliśmy stopem. Starówka tego miasta podczas II wojny światowej została zniszczona w 95%. Obecnie zdecydowana większość została odbudowana i prezentuje się to naprawdę dobrze. Trasa do Jakubowa, czyli rzekomo polskiego Santiago de Compostela, była bardzo kiepsko oznaczona. Stoi tam średniowieczny kościół, jednak nie można do niego wejść. Charakterystycznym dla szlaku jakubowego jest zbieranie pieczątek z miejsc, do których się dotarło. Co ciekawe tutaj nawet to było niezwykle problematyczne. Spaliśmy dzisiaj w Polkowicach (podziękowania dla państwa Gmurów).

Widok z wieży ratuszowej w Głogowie.
Kościół św. Mikołaja w Głogowie - nieodrestaurowany od czasów II wojny światowej.