piątek, 5 grudnia 2014

Craiova. Rumunia

W Craiova wylądowaliśmy o 11:00 czasu lokalnego, czyli o 10:00 czasu środkowoeuropejskiego. Nawierzchnia pasa startowego poskładana mniej lub bardziej dokładnie z betonowych płyt. Poza tym lotnisko niewielkie, ale posiada wszystko co niezbędne do sprawnego funkcjonowanie. Plusem jest fakt, że port lotniczy znajduje się zaledwie 6 km od miasta, można się więc przejść napawając się...urokiem tutejszych przedmieść. 
P.S. Spokojnie, chodnik jest...gdzieniegdzie:). 

Wszechobecne blokowiska.
Miasto zdominowane jest przez blokowiska. De facto ciężko tu o Starówkę. Craiova powstała w już w średniowieczu, ale rozrosła się mocno i szybko dopiero po II wojnie światowej. Widać to po szerokich alejach zabudowanych blokami, których stan pozostawia wiele do życzenia. Standardowym widokiem są niedokończone inwestycje, budynki częściowo ocieplone styropianem, niszczejące materiały elewacyjne lub też zwyczajny ich brak... 


Zaniedbany... ale całkiem nastrojowy dom.

Odrobina luksusu w witrynie obdrapanego sklepu.

Bardzo dobrze utrzymane są tutejsze cerkwie. Pięknie prezentują się zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Otoczone zielenią sprawiają wrażenie oaz, będących zupełnie poza wpływem miasta. W centrum, wśród bloków i niewysokich kamienic, wyróżniają się też monumentalne gmachy: uniwersytetu, teatru i prefektury okręgu. Miejscem wartym odwiedzenia jest rozległy park Nicolae Romanescu, znajdujący się w południowej części miasta. Robi duże wrażenia nawet przy listopadowej aurze.

Cerkiew św. Dymitra.
Cerkiew św. Grzegorza.
Cerkiew Św. Trójcy.

Mieliśmy okazję poznać ducha tego kraju troszkę bardziej dzięki noclegowi przez Couchsurfing. Takie zwyczajne mieszkanie zwyczajnej rumuńskiej rodziny trochę nas zaskoczyło. W każdym pokoju porządny komputer oraz cała reszta sprzętu elektronicznego (nieczęsto w Polsce spotykam się z takim widokiem!), ale meble trzymają się na słowo honoru, a drzwi do łazienki trzeba przytrzymywać nogą, bo się nie zamykają...

Okazałe gmachy w centrum miasta.
Rumuńska jesień :)
Wiszący most w parku Nicolae Romanescu.
Może i tu biedniej niż w Polsce, a na pewno Niemczech, ale odnieśliśmy wrażenie, że ludzie mają zdrowsze podejście do życia. Poczuliśmy oddech normalności. Nie dotarła tu jeszcze absurdalna potrzeba posiadania najnowszego modelu ekspresu do kawy. U naszych zachodnich sąsiadów przykładowo normą jest długie czekanie w kolejce na wjazd na parking, w Rumunii zajmuje się po prostu kawałek jezdni, kawałek chodnika (jeśli jest) i wszystko gra. 5 minut spóźnienia autobusu powoduje w Niemczech oburzenie, ludzie się denerwują...a w Rumunii ludzie wychodzą z założenia, że i tak kiedyś przyjedzie. Rozkładów na przystankach nie ma... Większość autobusów przypomina te, które jeździły w Polsce w latach 90. Drzwi otwierają się często dopiero po tym jak ktoś przyłoży z buta. Popularnym i niezbyt drogim środkiem transportu są tu taksówki.

Rumunię polecamy wszystkim znudzonym zwiedzaniem zachodniej Europy. I my  na pewno jeszcze tutaj wrócimy. Następnym razem planujemy zapuścić się w dziksze rejony kraju, a więc rumuńskie Karpaty i Transylwanię... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz